czwartek, 19 grudnia 2013

Dzień po dniu



Dzwoni budzik. Szósta rano. Znowu. Ty i Twoje włosy już stoicie na baczność. Rozpoczyna się kolejny dzień. Wskakujesz w kapcie i pędzisz do kuchni zaparzyć poranną kawę. Nim zagotuje się woda pakujesz do toreb śniadania dla dzieci, męża/chłopaka i dla siebie. W między czasie wsypujesz kawę do swojego ulubionego kubka i zalewasz ją wrzątkiem.
Rozpoczyna się druga runda. Biegniesz slalomem przez mieszkanie do szafy, bo nie chcesz kolizji z wózkiem dla lalek, klockami, wrotkami, plecakiem, butami czy innymi rzeczami pieczołowicie porozrzucanymi poprzedniego dnia. Zwycięztwo! Udało się dotrzeć do celu unikając wypadku. Myślisz sobie: "nie jest źle". Teraz wystarczy wybrać ubranie. Grzebiesz kilka minut w szafie, ale niestety nie możesz nic wybrać, bo wszystko jest poupychane byle jak i nie jesteś w stanie nic wybrać. Zaczyna się walka. Odzież ląduje na łóżku podłodze, krześle lub stole. Szukasz, przewracasz, wywracasz do góry nogami. Nie ma, no nie ma twojej ulubionej czerwonej sukienki, którą właśnie dzisiaj chciałaś założyć do biura. Poddajesz się i wyciągasz spodnie i tę nową dzianinową tunikę, którą kupiłaś na ostatniej wyprzedaży. Lecisz do łazienki dumna z siebie jak jasna cholera, że w końcu, chociaż raz w tygodniu, udało Ci się podjąć decyzję dotyczącą garderoby w czasie krótszym niż godzina. Po chwili i tak już nie pamiętasz swojego osiągnięcia, bo okazuje się, że jest już bardzo późno. Jak? Kiedy? Nie masz czasu zaprzątać sobie tym głowy. Czas płynie nie ubłaganie, a tu jeszcze tyle do zrobienia.
Runda trzecia. Biegasz po domu jakby Ci ktoś podpalił kapcie i wszystkich zrywasz z łóżek. Twój wrzask rozdziera pełną spokoju i ukojenia ciszę niczym nóż stare prześcieradło. Wpadasz pod prysznic ze szczoteczką do zębów w dłoni, aby już po chwili biec owinięta ręcznikiem po bieliznę. Wrzucasz na siebie ubranie i w pośpiechu robisz makijaż. Poganiasz domowników. Wypędzasz ich z domu. Ubrania, jedzenie, plecaki, torby wszystko prawie lata w powietrzu. Wszyscy wychodzicie.
Runda czwarta. Siódma pięć. Dzieci poszły do szkoły. Mąż/chłopak do pracy. Pędzisz na przystanek. Przemieszczasz się z prędkością światła jakby ktoś puścił za tobą wściekłego i głodnego psa. W ostatniej chwili wpadasz do autobusu. Jest gorąco. Kierowca rozkręcił ogrzewanie na cały zicher. Zaczynasz rozpinać kurtkę, a przynajmniej próbujesz. Trudno jest Ci to zrobić z dwumetrowym gościem na plecach, dwiema torbami na ramieniu, parasolką starszej pani między żebrami i szybą na twarzy.
Runda piąta. Odliczasz przystanki do końca podróży. Jeszcze trzy, jeszcze dwa, jeszcze jeden. Wreszcie. Na szczęście zdążyłaś do pracy na czas. Jest ósma. Wchodzisz do biura. Wyglądasz jak półtora nieszczęścia, ale się nie spóźniłaś. Włączasz komputer i idziesz do łazienki się ogarnąć. Potem robisz sobie drugą kawę. Zasłużyłaś na odpoczynek. Siadasz do biurka, a tam szara rzeczywistość. Dwie sterty papierów do obrobienia. Nie ma czasu na odpoczynek. Zaczynasz je porządkować. Im szybciej się za to weźmiesz tym szybciej skończysz. Po jakimś czasie podnosisz głowę, a tu się okazuje, że pół dnia minęło.Robisz przerwę na drugie śniadanie, a właściwie pierwsze, bo przecież nie zdążyłaś zjeść i siadasz dalej. Nim docierasz do połowy pierwszej sterty dzień pracy się kończy. Zbierasz się do domu. Właściwie wybiegasz z pracy po dzieci, zakupy lub w celu załatwienia innych spraw. Znowu ten pies z poranka biegnie za tobą. Wpadasz do domu i zamiast usiąść i się wyciszyć, to co robisz? Sprzątasz, gotujesz, prasujesz, pierzesz, odrabiasz z dziećmi lekcje. Szykujesz się na następny ciężki dzień. Nie masz siły, ani ochoty na nic więcej. W środku cię trzęsie, masz drgawki, twoje ciało jest obolałe i Cię nie słucha. Dopada Cię grypa. Trzęsiesz się cała, ale gorączki nie masz, chociaż czujesz, że jest inaczej. Bierzesz gorący prysznic. Łykasz tabletki antygrypowe i wleczesz swe "zwłoki" w kierunku sypialni. Padasz na łóżko zmęczona i od razu zasypiasz. A gdzie w tym wszystkim jesteś Ty? Gdzie Twoje przyjemności? Gdzie czas dla Ciebie?
Nie chcę Cię martwić, ale nie jest dobrze. To stres!
Jest wyniszczający, zgubny i może doprowadzić do wielu chorób - nie tylko nerwicy. Twój brak humoru, chroniczne zmęczenie fizyczne i psychiczne, brak motywacji, niechęć do wszystkiego może być przyczyną stresu wywołanego nie tylko konkretnym zdarzaniem, ale także ciągłym pośpiechem, hałasem, natłokiem i nadmiarem obowiązków. Czujesz bezsilność, odrętwienie, stalowe kleszcze w klatce piersiowej.
Twój chłopak/mąż nie wie gdzie coś leży i w kółko zadaje Ci pytania. Dzieci się kłócą lub chcą udowodnić swoje racje, a Ty zamiast im wytłumaczyć pewne sprawy krzyczysz "BO TAK MÓWIĘ!". Z pewnością wyglądasz wtedy jak wściekły kot po kąpieli (na lwa masz za mało siły ;) ). Wszyscy wolą omijać Cię szerokim łukiem, a Ty nic nie możesz na to poradzić. Narasta w Tobie złość i frustracja. Nie możesz się ich pozbyć, choć byś bardzo chciała. To silniejsze od Ciebie. Twoje wewnętrzne "ja" drze się w niebo głosy, a Ty nie wiesz o co mu chodzi? To znak. Nie lekceważ go. Twój organizm krzyczy "dość"! Nie ignoruj go! Potrzebujesz relaksu i oderwania od codzienności. Chociaż pół godziny dziennie. Mam nadzieję, że choć trochę uda nam się oderwać od codzienności. Liczę na waszą pomoc. Zróbmy to razem. Teraz!

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"wypisz się" :)